Po dość długiej przerwie w cyklu, za którą oczywiście przepraszamy, jesteśmy z powrotem, a wraz z nami gość dzisiejszego artykułu. Jest młody, zdolny i jego dzieła, przeróżnego rodzaju, zobaczyć można (nie tylko) w Internecie. Mowa o Jakubie Czyżu – postaci niebanalnej i wszechstronnej, artyście, gitarzyście i autorze tekstów. Pora na kilka suchych faktów, dla zapoznania się z dzisiejszym bohaterem.
Jakub urodził się 17 września 1991 roku w Mikołowie, a obecnie mieszka w Rudzie Śląskiej. Jest studentem piątego roku katowickiej Akademii Sztuk Pięknych na kierunku Grafika Warsztatowa. „Praktycznie już kończę ten rozdział edukacji na ASP, bo w grudniu bronię swój dyplom magisterski” – mówi artysta.
Zajmuje się przede wszystkim rysunkiem, ilustracją, malarstwem i muzyką. Gra na gitarze, komponuje, nagrywa muzykę w domu. W 2014 roku Jakub Czyż założył jednoosobowy projekt audiowizualny „Odmieniec”. Wydał już swoją debiutancką płytę o nazwie „Taniec ducha”, a pod koniec tego roku ukaże się jego drugi materiał – „Imago”.
Nasz gość jest postacią unikalną i niezwykle utalentowaną. Mimo młodego wieku (25 lat życia to jeszcze nie starość!) ma już na swoim koncie wiele sukcesów, wystaw i wyróżnień. Jego twórczość, zarówno na płaszczyźnie muzycznej jak i plastycznej tworzy specyficzny dla artysty klimat i wywołuje ciarki na skórze odbiorców.

Zapraszamy na rozmowę z Jakubem Czyżem.

14269442_1527711570579737_363892798_n
Kiedy poczułeś zainteresowanie sztuką? Jak się wszystko zaczęło?
Prawdę mówiąc, zainteresowanie sztuką pojawiło się u mnie stosunkowo niedawno, (śmiech) ale to rozmowa na zupełnie inną okazję.
Odpowiadając tak już na poważnie – to że zacząłem rysować, malować, uczyć się pod kątem plastycznym, to było dosyć naturalne i oczywiste, z tego względu, że mój tata zajmował się rysunkiem i malarstwem. Mieliśmy dużo książek o anatomii, podręczników historii sztuki, albumów o sztuce, więc ten świat gdzieś krążył wokół mnie siłą rzeczy. Krążył, ale nie za bardzo wiedziałem jak się do niego zabrać. Pomogły mi w tym pewnie ilustracje książkowe. Bardzo lubiłem oglądać obrazki, rysunki w książkach, które czytano mi jak byłem mały – do tego stopnia, że z czasem nie za bardzo zagłębiałem się w treść, a jedynie angażowałem się w wertowanie kartek w poszukiwaniu jakichś ładnych ilustracji i prawdę mówiąc, coś z tego zostało mi do dzisiaj.(śmiech)
Pamiętam, że na początku próbowałem odrysowywać postaci z książki „Historia Polski dla Piotrka”, którą dostałem od ciotki na ósme urodziny. Wychodziło mi to oczywiście strasznie, bo moja wiedza jak do rysunku mam się zabrać była żadna. W końcu przełamałem się, musiałem wyciszyć w sobie to podejście, które nawiasem mówiąc, towarzyszy mi do dzisiaj – „ja sam, ja chcę sam się nauczyć” – więc zacząłem przeglądać olbrzymi, niemiecki podręcznik mojego taty o anatomii z lat osiemdziesiątych. Miał chyba pięć tysięcy stron, był bardzo bogaty w ilustracje, rysunki i zdjęcia modeli… różnej płci, w różnych pozach. (śmiech) Dzięki temu tak naprawdę poznałem podstawy o rysunku postaci, o proporcjach, perspektywach, kompozycji itd.

Czyli, biorąc pod uwagę zainteresowania taty, Twoje plany na artystyczną przyszłość zostały od razu pozytywnie przyjęte przez najbliższych?
Tak. Dostaję ogromne wsparcie ze strony mojej rodziny, przyjaciół. To dzięki nim zacząłem tak naprawdę coś robić w tym kierunku. Więc tak – nigdy nie spotkałem się z jakimś krytycznym spojrzeniem ze strony najbliższych na moje decyzje jeżeli chodzi o moją „artystyczną przyszłość”. Mam super ludzi wokół siebie.

1-21

Skąd czerpiesz inspirację do tworzenia?
Ciężko tak dokładnie to źródło sprecyzować. Pewnie trochę zewsząd, a prawdopodobnie tylko z siebie. Jestem dość wrażliwym, przeżywającym osobnikiem. Większość rzeczy, sytuacji zatrzymuje się we mnie. Tam je analizuje, rozkładam na części, trochę się nad nimi znęcam. Jestem absolutnie niepoważny w kategorii pt: „rozmyślanie nad każdą pierdołą”. To może wydawać się śmieszne, ale prawie każde wyjście z domu przynosi mi jakiś pomysł, jakąś myśl, która mogłaby się nadać na ilustrację, obraz, wideo, opowiadanie czy chociaż komentarz na Facebooku. Tutaj w ogóle nie kpię. Myślę, że portale społecznościowe, a już na pewno ich część, powoli przekształcają się w takie małe, wirtualne przestrzenie dla działań artystycznych. Bardziej bądź mniej świadomie, ale tak się właśnie dzieje.
Wracając do pytania, totalną inspirację daje mi oczywiście muzyka, która towarzyszy mi prawie non stop. Idąc dalej, inspiracją dla mnie jest wszystko czym się interesuję, czyli mówiąc krótko – sztuka. Wszystko co chłonę, co oglądałem, co oglądam i będę oglądać w jakiś sposób na mnie wpływa. Jakąś cegiełkę do mojej – na szczęście jeszcze nie pełnej – głowy doda, i bardzo jestem za to wdzięczny, że mam tę możliwość poznawania tego co tworzą inni. To jest piękne.

czyz

Jakie jest Twoje największe osiągnięcie/sukces? Co sprawiło Ci największą radość?
Trudne pytanie. Wręcz niewygodne! (śmiech) Chyba nie mam takiej potrzeby, żeby jakoś klasyfikować, nazywać co było moim największym sukcesem na mojej artystycznej drodze – i niewielkie doświadczenie jako twórca, nie jest jedynym tego powodem. Po prostu bardzo się tego boję. Nie lubię myśleć, że coś było dla mnie sukcesem, że w ogóle coś „odniosłem”. Te słowa wywołują u mnie wręcz jakiś lęk. Nie tworzę sobie folderów „Moje top 10 najlepszych rysunków”. Oczywiście takie akcje są pomocne w budowaniu dobrego portfolio, ale to co robię, staram się traktować równo. Wszystko co robię chcę żeby było szczere, żeby wypływało ze mnie. Może dla niektórych zabrzmi to bardzo słabo, ale cieszę się już z samej możliwości, że mogę coś przekazać, skomunikować się z kimś poprzez moją sztukę. Mówiąc inaczej – za sukces uznaję każdą moją pracę, która do kogoś dotrze, która sprawi, że ktoś się zatrzyma, coś z tym zrobi, skomentuje, odczyta o co w tym wszystkim mi chodzi. Naprawdę mam małe wymagania co do moich odbiorców, tj. oczekuję jedynie obecności… ale zaraz po tych niebezpiecznych słowach, coś we mnie drgnęło, że to jednak bardzo wiele, mając na uwadze to, że chęć obcowania na dłużej z czymkolwiek jest odbierana w naszych czasach nużąco.

Niemniej jednak, jesteś niewątpliwie artystą obiecującym i wybijającym się już na wielu płaszczyznach.
Swoich sukcesów nie dostrzegam, albo nie chcę dostrzegać. Za to na pewno mogę wskazać jakieś ważne sytuacje, wydarzenia, dzięki którym się mega rozwinąłem, dojrzałem w jakiś sposób. Takim checkpointem było na pewno wydanie pierwszego albumu „Taniec ducha” (Sierpień 2014, BDTA), koncert w Koloni Artystów (Gdańsk, Grudzień 2014) i kolejny koncert na Festiwalu Ambientalnym (Wrocław, Listopad 2015). Te wydarzenia mocno na mnie wpłynęły, dzięki nim nabrałem odwagi, takiej pewności, że muzyka to coś co powinienem kontynuować, że to nie był taki „gupi pomys”, żeby zacząć tworzyć swoją muzę.

1-26

Jak określiłbyś siebie w trzech słowach?
Człowiek, który zawsze musi coś zjebaa…aa to już więcej słów… (śmiech)

Urodziłeś się w latach 90, jak wspominasz swoje dzieciństwo?
Lepiej zapytać czy w ogóle jeszcze coś z tego dzieciństwa pamiętam! (śmiech) To było tak dawno… Dzieciństwo ogólnie wspominam mętnie, trochę szaro, nie tylko ze względu na moją przyćmioną pamięć, ale też z tego powodu, że rysuje mi się taki obraz w głowie, że było bardzo dziwnie, ale z drugiej strony, całkiem normalnie… (śmiech) Czyli coś pomiędzy… Szczerze – nie wiem co chciałem przez to teraz powiedzieć.
Moje dzieciństwo pamiętam jak coś rozedrganego. Z jednej strony pamiętam, że miałem wielu znajomych, większość czasu spędzałem na dworze, ale z drugiej strony widzę siebie jako ten dziesięciolatek, wczesny nastolatek, który bez przerwy musi się naginać, dostosowywać do reszty, żeby nie zostać sam. Miałem bardzo słaby charakter, nie byłem typem „Seby”, który trzyma wszystko w garści i nosy najlepsze dresy z trzema paskami.
Wychowywałem się na jednym, wielkim betonowym osiedlu. Każdy z bloków mieszkalnych posiadał swój tzw. „plac”. Chłopcy z tych bloków wychodzili za dnia właśnie „na plac”. Spędzaliśmy tam całe dnie grając w piłkę, bawiąc się w chowanego za drzewami, grając w kapsle itp. Czasem też odbywały się wojny z kategorii „Plac na plac”. Chłopcy z innego bloku przychodzili na nasz plac i rozpoczynała się konfrontacja. Stawaliśmy naprzeciwko siebie, wymienialiśmy się wyzwiskami, a potem rzucaliśmy w siebie kamieniami albo sypaliśmy piaskiem po oczach naszych adwersarzy. Bawiliśmy się tak, jak każdy zdrowy chłopak z śląskiego blokowiska. Byliśmy niegrzeczni, wulgarni, nie słuchaliśmy zaleceń rodziców, że „do 20:00 możemy być na placu”. To był czas beztroski, głupoty, poczucia bezkarności, braku świadomości co to za świat i o co w tym wszystkim chodzi.
Pamiętam, że razem z chłopakami z sąsiedniego placu zbieraliśmy kamyki. Wynosiliśmy je z lasu. Bardzo nam się spodobały, bo były czarne i przy tym błyszczały się bardzo ładnie na granatowo. Nigdy wcześniej takich nie widzieliśmy i stwierdziliśmy wspólnie, że muszą to być naprawdę jakieś wartościowe kamienie, skoro tak pięknie się mienią. Nazbieraliśmy ich sporo i zanieśliśmy je do zbudowanego przez nas szałasu, do czegoś w rodzaju „leśnej bazy”, aby ukryć nasze skarby. Dopiero teraz się na tym łapię, że to bardzo zabawne co zrobiliśmy, bo niby dlaczego uznaliśmy, że trzeba ukryć przed kimś te kamienie, skoro tylko my o nich wiedzieliśmy? Kto niby chciałby brać jakieś kamole z lasu biednym dzieciom? (śmiech) W każdym razie po jakimś czasie okazało się, że kamienie zniknęły z naszej bazy. Rozpoczęło się dochodzenie, przesłuchania i zebrania przy „okrągłym stole”, które miały wskazać kto jest tym zdrajcą wśród nas. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że wspólna zabawa, podróże, praca z ludźmi jest obciążona pewnym ryzykiem, że po prostu, najzwyczajniej w świecie może się skończyć źle.

A okres dojrzewania? Takie wewnętrzne odczuwanie, zwłaszcza jeśli chodzi o sztukę, jest w wieku nastoletnim rzadkością wśród chłopców. Nie zdarzało Ci się być odtrącanym czy wyśmiewanym ze względu na swoją wrażliwość?

Ciężko mi to oceniać. To trochę niebezpieczna diagnoza, niebezpieczny pogląd, że chłopcy w wieku nastoletnim są mniej wrażliwi. Nie zgadzam się z tym. Ogólnie zdrowo mieć takie przeświadczenie, podejście, że ludzie są po prostu różni. Tak naprawdę, każdy z nas okres dojrzewania przeżywa inaczej, co jest, wydaje mi się, jakąś totalnie nieprzyzwoitą oczywistością. W każdym razie, nie odczuwałem w tamtym okresie, że jestem dotknięty ręką „jakiegoś boga”, który obdarował mnie wyjątkową wrażliwością. To wszystko kształtowało się we mnie z czasem. Wiesz, byłem taki sam jak każdy nieśmiały, smarkaty łobuz, który rzucał z innymi kamieniami za garaże, żeby wkurzyć psa na podwórku, który pilnował furtki. Paliłem papierosy w podstawówce tylko dlatego, że robili to inni fajni chłopcy. Chodziliśmy do lasu podpalać suche liście, plułem na przejeżdżające auta na autostradzie z mostu… Ja naprawdę nie byłem jakoś wyjątkowo wrażliwym chłopcem. Nawet w szkole plastycznej… Traktowałem to jako miejsce gdzie mogę sobie „porysować, bo to lubię”. Nie towarzyszyła mi większa świadomość tego, że w ogóle jestem „jakiś”. Nie wiedziałem z czego jestem poskładany i nie czułem tej potrzeby, żeby na te pytania sobie odpowiadać. Bardziej skupiałem się na tym żeby mieć ładną dziewczynę i jak najczęściej omijać zajęcia z matematyki. (śmiech)
Ta zdolność do refleksji, obserwacji, przeżywania przyszła tak naprawdę stosunkowo niedawno i rzecz jasna, ciągle się gdzieś tam kształtuje. To wszystko pojawia się z czasem i duży wpływ ma na to edukacja. Stajemy się wrażliwsi dzięki doświadczeniom, które zbieramy przez życie, dzięki wiedzy, którą nabywamy w szkole, od rówieśników, rodziców, od ludzi…
Jeżeli chodzi o poczucie bycia odtrąconym, wyśmianym etc. to nigdy się z tym nie zetknąłem w kontekście tego, że interesuję się sztuką, bądź tworzę sztukę.
Ale mówiąc poważnie i mając na uwadze to co dzieje się w naszym kraju, nie ukrywam – nie jesteśmy wcale daleko od takich akcji. Sztuka narodowa, malarstwo patriotyczne, wideoart żołnierzy wyklętych – to absurdalne pojęcia wymyślane „dla beki”, to coś z czego od lat „młode środowisko artystyczne” się śmieje. Nie wiem czy pamiętacie, ale powstawały swego czasu takie fanpage jak „Ruch Narodowy – Sekcja Neoplastyczna”, „Ruch Narodowy – Sekcja tańca współczesnego”, albo „Ruch Narodowy – Sekcja gombrowiczowska”… To wszystko kiedyś było zabawne, bo ludzie rozsądni, poukładani, stabilni intelektualnie czuli, że są w większości. Teraz tego poczucia już nie ma. Najzabawniejsze i zarazem najsmutniejsze jest to, że odczuwam coraz większe zapotrzebowanie na takie absurdalne, narodowe mixed media (śmiech) Prawie codziennie zderzam się z tym, że każda głupota potrafi być traktowana z tą samą powagą co mądrość. Pojęcia, definicje, wartości które przez lata obowiązywały, teraz się dewaluują w zastraszającym tempie, a zaczęło się tak niepozornie, praktycznie niezauważalnie – od wykpiwania sobie „poprawności politycznej” – w domyśle chodziło tu oczywiście o „kulturę osobistą”. Dzisiaj próbuje się polemizować z każdym parszywym kłamstwem. Ludziom brakuje narzędzi do zweryfikowania tego co jest im podawane w szeroko pojętych mediach. Rzadko rozumieją to co czytają, słyszą. W ogóle – rzadko myślą.
Jesteśmy świadkami takiego małego chaosu, który będzie się pogłębiać, aż ktoś mądry w końcu nie przyjdzie i nie powie „Król jest nagi!”.
Tak więc trochę wracając, tutaj nawet nie chodzi o poczucie odtrącenia, czy też o wykluczenie ze społeczeństwa jako twórca, intelektualista – bo to normalne, patrząc na życie artysty w takiej szerszej skali. Wydaje mi się, że każdy mierzący wysoko człowiek, powinien się liczyć z takimi trudnościami, z możliwością braku akceptacji reszty społeczeństwa, bo siłą rzeczy, robi coś co jest w „kontrze” do czegoś co „powszechnie obowiązuje”, mówiąc ogólnie. Jako młodzi twórcy powinniśmy się bać przede wszystkim tego, że kiedyś ktoś może coś nam narzucić. To wcale nie jest takie niemożliwe, że dajmy na to, Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego uzna, że ma prawo wejść w kompetencje artysty, kuratora, krytyka sztuki i po prostu czegoś nie „uciąć”, zamknąć, argumentując to tym, że robi to dla dobra narodu.
Myślę, że to ważne, aby o tym tutaj powiedzieć, bo to jest odczuwalne, że teraźniejsza władza ma takie niebezpieczne ambicje. To wisi gdzieś w powietrzu… i myślę, że większa część środowiska artystycznego się ze mną zgodzi.

1-27

Co było momentem przełomowym w Twojej karierze?
O kurcze, mam nadzieję, że jeszcze nic! (śmiech) Jestem wciąż młodym szczylem i czuję, że raczej nie wypada mi odpowiadać na takie pytania. (śmiech) Zacznijmy od tego, że kompletnie nie czuję, żeby to co się tutaj wyprawia było jakąś „moją karierą”, jak w Fifie15. Nie aspiruję też do czegoś takiego. Nastawiam się na pracę. Staram się skupiać na tym co chcę robić i angażować się w to bardzo mocno, przede wszystkim w zgodzie z samym sobą. „Kariera” to w ogóle bardzo niebezpieczne słowo w kontekście sztuki, a już tym bardziej w kontekście tego ile mam lat i że jeszcze jestem przed obroną magisterską. Zrozumcie, że któryś z moich profesorów może to czytać i spalę się ze wstydu normalnie. (śmiech) Ale już tak trochę na poważnie, to ja ciągle na ten „przełom” czekam i niech tak w tym czekaniu pozostanie mi trwać. Tego sobie życzę. Ale nawiązując do tego co mówiłem o „życiowych checkpointach”, ważnych wydarzeniach – to właśnie te wymienione sytuacje można podciągnąć pod takie „przełomy”, ale uwierzcie, nie chcę używać wobec tego takich wielkich słów, bo potem mi słownika zabraknie, a ja jeszcze młody jestem! (śmiech)

czyz2

Co sprawia Ci największą przyjemność?
Oj, bardzo wiele rzeczy! (śmiech) Oczywiste jest to, że największą przyjemność sprawia mi rysunek, tworzenie ilustracji, komponowanie, nagrywanie nowych utworów, ale jest coś co jest może spoza tej „oczywistości”. Jest taki rodzaj szczególnej przyjemności, którą można uzyskać tylko w jeden sposób. To według mnie bardzo silne uczucie, wyjątkowe, więc polecam każdemu. Ostatnio czułem coś takiego, kiedy po raz pierwszy miałem styczność z fortepianem. Zupełnie niezwykła chwila, kiedy kompletnie nieznany ci instrument zaczyna być ci bliski. Zaczynasz rozumieć jak działa, jakie dźwięki może wydobywać, jak można uzyskać harmonię, budować akordy. To uczucie, kiedy jesteś zupełnie bezradny przed dotknięciem „nieznanego”, a po chwili oswojenia z tym „nowym”, czujesz, że wystarczy chwila cierpliwości, dobrej woli, żeby rozumieć, porozumieć się z tym i razem stworzyć coś pięknego. Poleciałem teraz jakimś Paulo Coelho, ale inaczej nie potrafię opisać tego, co sprawia mi naprawdę dużą przyjemność – czyli – poznawanie.

A masz jakieś swoje ulubione rzeczy? Gdybyś miał ułożyć takie, powiedzmy, top 10 wszech czasów dla Jakuba Czyża.
Ojej. Przeszedł mnie dreszcz. (śmiech) Tworzenie takich „list przebojów” to dla mnie katorga. Nie da się w uczciwy sposób przedstawić takich podsumowań. Jest naprawdę mnóstwo rzeczy, które miały na mnie duży wpływ. Najsilniej oddziaływała na mnie muzyka. Zaczynając od mojej fascynacji grunge’em w szkole podstawowej, po rap, jazz i kończąc na wszystkim co ma w nazwie „post”, „experimental”, „free” i „lol”. (śmiech)
Po prostu słucham muzyki, a to pojęcie totalne, obszerne „że hej”, ale spróbuję…
Jeżeli miałbym skonstruować taką listę, to na pierwszym miejscu na pewno pojawiłyby się moje wszystkie instrumenty, które trzymam w domu. Dalej dołączyłbym ulubione albumy, książki, filmy, ale z pewnością nie potrafiłbym skończyć na top10. Tak po ludzku, nie umiałbym się zdecydować co takiego tam umieścić, a co nie. Mogę tak na szybko wymienić kilka rzeczy, które wywarły na mnie największy wpływ. Rzecz oczywista dla mojego pokolenia – Nirvana — In Utero. Jako mały chłopiec chciałem być jak Kurt Cobain, grać na scenie, rozwalać sprzęt i pluć na publiczność. To on wytworzył we mnie tę głęboko skrywaną potrzebę buntu. Można powiedzieć, że do jakiegoś czasu byłem skrytym buntownikiem bez powodu. Skrytym, bo przez moją dosyć nieśmiałą naturę, buntowałem się do wewnątrz. Jako mały Kubuś, bałem się konsekwencji zanadto prezentowanego buntu do zewnątrz. (śmiech)
Drugą rzeczą, która wywarła na mnie duży wpływ był teledysk Tool – Sober. Pierwszy raz widziałem go w gimnazjum, przy okazji małej wystawy dyplomów uczniów naszej szkoły plastycznej w Zabrzu. Po obejrzeniu tego teledysku, miałem wrażenie, że to kompletnie przedefiniowało moje pojęcie estetyki. (śmiech)
Za tym poszło oczywiście głębokie zainteresowanie muzyką Tool’a, i tak się w tym zespole zakochałem, że w pewnym momencie mogłem nazwać się psychofanem.
Kolejnym przełomem była postać Rafała Wojaczka. Na początku liceum gdzieś wertując podręcznik języka polskiego natrafiłem na pojęcie „poeta przeklęty” i powiedziałem sobie „Wow, ale zajebista nazwa. Oni muszą być cool.” Zetknięcie z wierszami Wojaczka było dla mnie czymś w rodzaju dostaniem młotkiem w głowę. Bardzo silnie się związałem z tą poezją, jak później z innymi autorami: Poświatowską, Bursą, Hłaską… Potem wpadł mi w ręce „Szklany klosz” Sylvii Plath i to była prawdziwa torpeda. Przeczytałem ją w kilka dni, wręcz ją pochłonąłem.
Urzeka mnie w literaturze jak i w ogóle w sztuce ta szczerość, prawdziwość w przekazywaniu myśli, historii, sytuacji. Bardzo lubię też to w kinematografii. Pewnie dlatego jednym z moich ulubionych filmów jest najnowszy film Tomasza Wasilewskiego „Zjednoczone Stany Miłości”. Autentycznie wstrząsający, przejmujący, prawdziwy, wrażliwy.
Taką właśnie sztukę chcę tworzyć. Chcę, żeby to co robię, zostawało na dłużej u odbiorcy i żeby odczuwał w tym coś wartościowego. Jeżeli kiedyś tak będzie, to dopiero wtedy, będę mógł sobie powiedzieć, że jestem z siebie bardzo zadowolony.

czyz1

Na Twoim facebookowym profilu zobaczyć można, że mimo młodego wieku byłeś już wielokrotnie nagradzany. Jak takie sukcesy wpływają na Twoje podejście do życia, tworzenia?
Tak jak mówiłem wcześniej – nie odczuwam, że to są jakieś „wielkie sukcesy”. Ja dopiero zaczynam tak naprawdę tę drogę jako „artysta”. Czuję ogromną presję, jakąś odpowiedzialność… rozumiecie… Prawdę mówiąc, mam wrażenie, że jeszcze nie dorosłem do tego, żeby nazywać siebie „artystą”. Mam za mało wiedzy, mało doświadczenia, za mało wpływowych znajomych… (śmiech) Tak że, odpowiem żartobliwie, że te wszystkie „sukcesy” ni jak wpłynęły na moje podejście do życia, tworzenia, bo prawdopodobnie były za małe. Oczywiście, bardzo super, że już w tak młodym wieku udało mi się zgarnąć jakieś nagrody, ale nie popadajmy w takie wysokie tony. Kiedy ktoś docenia to co robię, wpływa na mnie motywująco – to oczywiste, ale nie muszą to być od razu jakieś nagrody. Naprawdę, wystarczy mi komentarz, wiadomość od moich obserwatorów na facebooku, instagramie, że moje prace przemawiają, że ktoś dostrzega w nich coś więcej niż tylko dobry warsztat.
W każdym razie, całe szczęście nagród jako takich nie było za wiele. Ja też jestem na tyle ambitny, ale tak samo leniwy, że niestety nie czułem presji, żeby wysyłać jakieś swoje prace na konkursy. Rzadko kiedy uczestniczyłem w takich rzeczach, ale teraz, po latach naiwności, stwierdzam, że bez sensu się przed tym broniłem. Konkursy są ważne. Bierzcie w nich udział, polecam.
Twórczość Jakuba Czyża możecie znaleźć na jego profilach:
– https://web.facebook.com/czyzbyjaakub/
– https://www.youtube.com/user/jakubczyz
– https://www.instagram.com/czyzbyjaakub/
– http://odmieniec.bandcamp.com/

Z artystą rozmawiały: