Tak naprawdę to nie

Pierwszy człon tytułowego zdania napisałem przed seansem, drugi po powrocie z niego. Tym samym sposobem przeobraził się pomysł na ten wpis. A wpis musiał być dobry, gdyż jest tu moim pierwszym. To oznacza mniej więcej tyle, że jeżeli zasięgi będą słabe w ruch pójdą linijki.

Jednak wracając do początku. Tworzenie remake’u jednego z najbardziej klasycznych animców niósł ze sobą pewne konsekwencje – zarówno dla twórców jak i odbiorców. Ci pierwsi musieli zarobić, Ci drudzy obejrzeć „fajny film”. I to właśnie dostajemy – fajny film. Być może nawet więcej niż fajny w marvelowskiej powodzi mainstreamowych kin. Film wystarczająco angażujący, ładnie nakręcony; zachwycająca stylistyka, ciekawe postaci, istotna i sięgająca ostatniego dna tematyka oraz subtelna jej implementacja – tego mi brakowało. Film wciąż fajny. Jednak jako odbiorca zaznajomiony z oryginałem oczekiwałem wiele, ponieważ z takim materiałem źródłowym można zrobić niesamowite rzeczy. Ale w tej niesamowitości leży problem tych właśnie rzeczy. Niesamowitość się nie sprzedaje; ludzie lubią neony, dajcie neony. I choć jestem psem na post-refnowskie stylistyki, ten jeden film pragnąłem obejrzeć jak najmniej tknięty.

Mimo tego aspekt wizualny filmu jest przynajmniej ciekawy, gejsze widoczne w trailerze robią oczekiwane wrażenie.

Dla targetu twórców może się okazać tą bezpieczną niesamowitością. Bezpieczna jest oś fabularna, nie różniąca się sugestiami traileru, wydarzenia śledzi się z łatwością. Motywacje jak i charaktery bohaterów są jasne i klarowne. A wytężająca umysły tematyka przedstawiona w oryginale wyrzucona za okno, ustępując miejsca prostej historyjce filmadła. Co więcej filmadła aspirującego do filozoficznej głębi oryginału, jednak pieniędzmi zmuszonego do wytyczenia granic strefy kąpieli do bezpiecznych płycizn.

Jedno trzeba twórcom przyznać. MImo wszystko starali się oddać fanom, co do fanów należy. Dlatego sceny pościgu za śmieciarzem, czy finalna walka z bossem są praktycznie niezmienionym przeniesieniem kreski na ekran. Dodając pieczołowitą uwagę do broni i pojazdów (niemalże wszystkich) są to momenty uśmiechu, wesela w kinie.

Chyba chwytają za linijki, noc pospiesza, a twór wymaga autentyczności

Trochę szkoda, że bohaterka jest charakterna, zadziorna i nieustępliwa, Uparta i buńczuczna. Z krwi i kości, a przynajmniej mięsnego mózgu. I to od mózgu zaczynają się moje problemy z filmem. Sam jego widok wsadza widza w bezpieczne tory wyliczonej kolejki. Ponieważ „prawdziwy mózg” z miejsca eliminuje znaczną część problematyki oryginału.

Więc dobrze, że powstał. Jeszcze lepiej, że zarobi pieniądze (to przynajmniej zapowiada prawie pełna sala, w małym mieście wiecznie pustych sal). Dzięki temu powstaną kolejne. Napędzane naszą zachłanną nostalgią produkcje. Im więcej tym lepiej. Tym większe prawdopodobieństwo udanego dzieła, sprawnie budującego na fundamentach pierwowzoru. Wszyscy będą zadowoleni bo minimalnie dostaniemy „fajny film”. A to minimym jest fajne. Może nie niesamowite, ale większości wystarczy. A mi nikt nie odbierze utęsknionego animca sprzed ponad dwudziestu lat.

Zdjęcie na miniaturkę będzie przedstawiać mnie w roli operatora – a to czyni mnie klasyfikowanym recenzentem, a moją wypowiedź istotną dla świata kultury. Tak naprawdę to nie. Tak naprawdę tylko narzekam, a film jest fajny.