Robotnik leniwie przeżuwa kęs kanapki. Gdzieś między kałużami lawiruje gołąb. Kot bez jednej łapki ucieka od wszystkich, w pyszczku trzyma zdobycz. Niektórzy pracownicy spokojnie drzemią. Beznamiętny głos z megafonu zapowiada przyjazd ekspresu relacji Paryż-Moskwa. Oto dworzec kolejowy Brześcia, miasta na granicy Polski i Białorusi, który portretuje Marcel Łoziński w filmie krótkometrażowym 89 mm od Europy.

Gwizd, który otwiera właściwą część filmu, wzywa oczekujących do poważnego zadania – pociąg trzeba teraz podnieść za pomocą dźwigu i dokonać wymiany podwozia. W czasie tej operacji pasażerowie pozostają w środku wagonów; pełni ciekawości wyglądają przez okna, obserwując białoruskich robotników przy pracy. Przez kilkanaście minut stają się bacznymi widzami dworcowego teatru życia: choćby w tej jednej chwili, gdy ze smyczy zrywa się pies i właścicielka zaczyna go gonić po peronie. Chwilami aż trudno uwierzyć, że śledzi się film dokumentalny, że nikt nie zainscenizował tych sytuacji. Zrelaksowanych pasażerów zajmuje ten spektakl, głośno komentują wydarzenia, robią zdjęcia, uśmiechają się między sobą porozumiewawczo. To Holendrzy, Francuzi, Amerykanie. Panuje wielojęzyczny gwar.

Przyczyną kilkunastominutowego postoju jest tytułowe 89 milimetrów, bo dokładnie tyle wynosi różnica w szerokości torów pomiędzy Europą a krajami byłego Związku Radzieckiego. Łoziński doskonale wychwytuje symboliczne tarcie, które kryje się w tej sytuacji – w 1993 roku, po upadku żelaznej kurtyny, w czasach nadziei na jednocześnie się kontynentu, wciąż realną przeszkodą pozostaje niecałe dziewięć centymetrów. To metaforyczna granica dwóch światów, różnica, która separuje znużonych robotników od zaciekawionych przybyszów z Zachodu. To trud, którego trzeba dokonać, aby przekroczyć barierę cywilizacyjną. ZSRR mógł się rozpaść się w wymiarze politycznym, ale wciąż trwa w torach, w zmęczonych twarzach, w kocie pozbawionym łapki.

Nie jest jednak tak, że obraz pozostawia widza w poczuciu beznadziei. W prawie pozbawionym dialogów filmie centralną postacią staje się ktoś niepozorny – towarzyski i gadatliwy syn reżysera. Z dziecięcą pewnością siebie decyduje się na spacer po dworcu, śmiało zagaduje do pracownika kolei. Wzruszająco szybko nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Daj buźki, mówi niespodziewanie Białorusin. To, co w fabularyzowanym filmie ocierałoby się o dialogowy kicz, w czarno-białym dokumencie urasta do rangi pełnego nadziei porozumienia dwóch światów. Ale to zaledwie promyk, bo wkrótce ekspres Paryż-Moskwa musi wyruszyć w dalszą podróż. Z okna wagonu chłopczyk pomacha na pożegnanie, powie wszystkim cześć, a dworzec w Brześciu ponownie stanie się senny i oczekujący. Przez to jedno miejsce przewinie się dzisiaj jeszcze kilkadziesiąt pociągów międzynarodowych.

Krótkich dzieł nie wypada przegadywać. Na sam koniec wspomnijmy jedynie, że film Łozińskiego został nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej (1993), a dwa lata później – do Oscara. Trwa zaledwie dwanaście minut.

~*~