Zostaliśmy patronami medialnymi tegorocznego ARS LATRANS Festival w Krakowie, na którym wystąpi między innymi Nikodem Dybiński, nasz  rozmówca. Zapoznajcie się z programem festiwalu. Uderzajcie drzwiami i oknami, bo będzie zajebista zabawa. Zerknijcie na zwiastun, a potem łyknijcie trochę skondensowanej wiedzy na temat syntezatorów.

– Skąd u ciebie zajawka na syntezatory? Jak to się zaczęło?

– Całe życie byłem przede wszystkim gitarzystą. Na klawiszach i innych instrumentach grywałem relatywnie mało. Zajmowałem się też w niewielkim stopniu produkcją muzyczną, poniekąd do tego zmuszony – pochodzę z małego miasta, gdzie muzyków było na prawdę niewielu. Nie miałem z kim grać muzyki na żywo, więc próbowałem robić to samemu, w domu, nagrywając ścieżka po ścieżce. Gdzieś tam ucząc się produkcji, zetknąłem się z jakimiś podstawowymi syntezatorami w formie wtyczek komputerowych. Coś próbowałem pokręcić, ale jakoś bez większej świadomości tego, co robię.

– Kiedy to się zaczęło? Jaki był twój pierwszy syntezator?

– Jesienią 2015 roku postanowiłem kupić sobie jakieś małe, elektroniczne ustrojstwo, żeby na scenie oprócz gitary porobić jakieś efekty czymś jeszcze. No i tutaj okazało się, że w interesującym mnie przedziale cenowym (a mowa o bardzo niskim budżecie) nie ma takich urządzeń. Zacząłem czytać o dostępnym na rynku tego typu sprzęcie. Okazało się, że jeśli chodzi o sprzęty niskobudżetowe, najlepszy stosunek ceny do możliwości miał (w moim odczuciu) Korg Microkorg XL. Stał się on natychmiastowo moim obiektem pożądania. Zanim udało mi się go zamówić, przeczytałem absolutnie wszystko na jego temat, w tym instrukcje obsługi. Wszystko po to, żeby poznać pełne spektrum możliwości, które daje syntezator. Udało mi się znaleźć go używanego za 1000 zł. W tamtym czasie były to wszystkie pieniądze które miałem,  a był początek miesiąca. Wtedy moja dziewczyna, Mila, zaoferowała karmienie mnie do końca miesiąca, dzięki czemu mogłem zamówić syntezator. Jako że znałem wcześniej pokrótce temat syntezy dźwięku, od razu zacząłem kręcić swoje brzmienia. Na pierwszym zestawie wykręconych brzmień nagrałem TO.

Następnym krokiem było kupno maszyny perkusyjnej, Korg Electribe ESX-1. Bardzo szybko bowiem zabrakło mi rąk. Niestety, pomimo chęci, granie jednocześnie na kilku instrumentach okazywało się niewykonalne. Tym bardziej, że jednym z instrumentów była gitara, która sama w sobie pochłania obie ręce. Korg Electribe ESX-1, oprócz pracy jako maszyna perkusyjna, służył mi również jako sekwencer. Zapisywałem w nim sekwencje komunikatów MIDI sterujących posiadanym już Korgiem Microkorgiem XL. Jakiś czas później kupiłem również Waldorfa Blofelda w wersji desktop. Był to niesamowicie potężny cyfrowy syntezator w wersji modułowej. Pozwalał on na utworzenie szesnastu brzmień jednocześnie, gdzie część mogła być kontrolowana zewnętrznymi sekwencerami, a część wyzwalana z poziomu klawiatury sterującej. Dzieliłem sobie klawiaturę na kilka stref, gdzie w każdej miałem inne brzmienie. W tym momencie nagrałem TO. Również w tym przypadku jestem autorem wszystkich użytych brzmień.

– Jesteś po szkole muzycznej, czy sam wszystkiego się uczysz? Pytam, bo to, co robisz jest imponujące.

– Sam się uczę. W podstawówce skończyłem ognisko muzyczne, ale nie dało mi to właściwie nic, więc z reguły o tym nie mówię. Ogólnie muzyka elektroniczna i wszystkie związane z nią technologie to rzeczy tak szybko się rozwijające, że człowiek w szkole muzycznej nigdy się nic o tym nie dowie.

Generalnie wstrzeliłem się idealnie w sytuację rynkową. Zainteresowałem się tematem na chwilę przed wielkim boomem na muzykę elektroniczną i syntezatory. Dzięki temu Electribe’a ESX-1, którego kupiłem za 900 zł, sprzedałem po roku za dwukrotność tej ceny. Syntezatorów gromadziłem coraz więcej. Kupowałem je praktycznie tylko za pieniądze pozyskane ze sprzedaży innych syntezatorów. Nabywałem taniej i sprzedawałem drożej, znając rynek i wyszukując okazje. Często kupowałem uszkodzone sprzęty i korzystając ze swojej wiedzy inżynierskiej naprawiałem je i sprzedawałem drożej. Tym sposobem udało mi się zdobyć między innymi serwisowane Juno 106, za cenę ponad dwukrotnie niższą, niż standardowa. Juno 106 to jeden z najbardziej pożądanych na świecie klasyków. Absolutnie wspaniały syntezator.

– Zdarzało ci się wcześniej grać takich dużych imprezach jak ARS LATRANS?

– Tak, grywałem na dużych imprezach, ale zazwyczaj po prostu jako szeregowy muzyk, gitarzysta. Można napisać raczej, że to pierwsza tak duża impreza, gdzie ogarniam tyle osób oraz że to pierwsza tak stricte syntezatorowa.

 

– Umiałbyś streścić działanie syntezatorów laikowi?

– To jest tak naprawdę prosta sprawa. Mówimy tu konkretnie o syntezie substraktywnej, czyli jej najpopularniejszej odmianie. Działa to w taki sposób: generujemy dźwięk przy pomocy oscylatorów. Dźwięk w postaci fal podstawowych: prostokątnej, piłokształtnej, trójkątnej… Następnie ten dźwięk przepuszczamy przez filtry. Najczęściej jest to jeden filtr, dolnoprzepustowy. Odcina on górne harmoniczne dźwięku. Wszystkie inne elementy syntezatorów służą modulowaniu parametrów oscylatora i filtra. Na przykład klawiatura ustala częstotliwość fali generowanej przez oscylator. Obwiednia sterować może na przykład głośnością lub częstotliwością odcięcia filtra. Jeden oscylator może modulować częstotliwość drugiego i tak dalej.

Tu jest to ładnie narysowane:
OSCYLATOR → FILTR → WZMACNIACZ
Pierwsze to generacja dźwięku. Drugie to „rzeźbienie” pożądanego charakteru, a  trzecie to kontrola głośności, m.in. kontrola głośności w czasie. Wszystko inne pozwala na nadawanie brzmieniu odpowiedniego charakteru.
Tak wygląda obwiednia:

Najważniejszym elementem charakteru kreowanego brzmienia jest obwiednia – ADSR (attack, decay, sustain, release). Opisuje ona przebieg modulacji dźwięku w czasie, w momencie wciskania klawisza. Jej działanie najłatwiej zrozumieć można poprzez analogię do tradycyjnych instrumentów. Pianino będzie miało zerowy czas ataku (dźwięk pojawia się od razu po wciśnięciu klawisza), dosyć długi czas zaniku (decay) oraz zerowy poziom sustain, ponieważ dźwięk po pewnym czasie wygasa kompletnie. Skrzypce będą miały dłuższy czas ataku (dźwięk „wsuwa się” za sprawą wyzwolenia go smyczkiem), maksymalny poziom sustain (dźwięk gra z pełną głośnością dopóki muzyk porusza smyczkiem) oraz zerowy czas wybrzmienia (release), ponieważ zanika on wraz z odjęciem smyczka.

– Widać, że znasz się na rzeczy. Siedzisz w tym dopiero 3 lata?

– No tak. To, o czym ci mówię, wiedziałem zanim jeszcze kupiłem syntezator. To jest naprawdę ciekawe. Sztuka to nie dać się zgubić w tych technologicznych aspektach. Ale też nie wolno być ignorantem.

– Uważasz, że każdy, kto chciałby grać na jakimś, jak to ująłeś, „elektrycznym ustrojstwie” powinien chociaż w małym stopniu ogarnąć, jak to wszystko działa technicznie?

– Tak. Po pierwsze: to nie jest trudne. Po drugie: to bardzo otwiera głowę i pokazuje morze możliwości. To jest kolejna forma ekspresji. Muzycy szkolą się, by jak najwięcej wyrazić poprzez wydobywanie dźwięków z instrumentu. Synteza dźwięku dodaje do tego kolejny wymiar, bo drugie tyle wyrazić można tworzeniem tych brzmień i ich kontrolą podczas gry. To jest w ogóle bardzo popularna sprawa w świecie muzyki elektronicznej. Programuje się jakąś zapętloną sekwencję, np. osiem dźwięków. Dźwięki grają się same, nie trzeba używać klawiatury. Muzyk natomiast operuje parametrami syntezatora. Dokładnie w taki sposób powstało chociażby On The Run zespołu Pink Floyd.

Co do syntezatorów to dodam jeszcze jedną rzecz:
W dzisiejszych czasach absolutnie każde brzmienie da się osiągnąć z poziomu komputera.
Brzmienie to jednak nie jest wszystko. Syntezator jest takim instrumentem, jak każdy inny, i nie tylko o brzmienie w nim chodzi. Równie ważny jest interfejs – ilość i sposób rozmieszczenia gałek, praca klawiatury, łatwość użycia, złożoność silnika syntezy… Można to porównać do grania myszką na komputerowej symulacji fortepianu. Niby brzmi tak samo, ale nie ma to nic wspólnego z prawdziwą grą. Dlatego sprzętowe syntezatory są fajne, a najfajniejsze są stare, analogowe syntezatory. Mają one mało funkcji, ale są to najczęściej te funkcje, które są muzykowi najbardziej potrzebne i są one na wierzchu. Tyle ile syntezator ma funkcji, tyle ma też gałek na panelu przednim. Nie trzeba się przedzierać przez żadne menu, nie trzeba korzystać z myszki. Do tego stare analogowy syntezatory żyją trochę swoim życiem.

Komponenty elektroniczne, zwłaszcza te stare, są bardzo wrażliwe na chociażby temperaturę i na zużycie, przez co lubią się one minimalnie rozstrajać w niekontrolowany sposób. Nadaje to brzmieniu życia i ciepła. Trochę jak w przypadku instrumentów akustycznych – trącona struna gitary zawsze będzie brzmiała minimalnie inaczej. Wszystko to sprawia, że stare, analogowe syntezatory bardzo inspirują do pracy. Nawet laik po kilku chwilach z nimi jest w stanie ukręcić coś ciekawego i muzycznego.

– Czy nie uważasz, że wizerunek syntezatorów w obecnych czasach jest trochę „skrzywiony”? Chodzi mi o to, że większość moich znajomych kojarzy syntezator z jakimś zespołem discopolowym i panem Stasiem z casio na weselach.

– Może i jest trochę skrzywiony ale to trzeba odróżnić. Instrumenty typu casio to tak zwane „stacje robocze”. Potocznie właśnie keyboard, organki, itd. Są to instrumenty, które mają wbudowane gotowe brzmienia, typu: pianina, saksofony, basy, smyczki itd. Syntezator za to jest zupełnie czymś innym, tak jak napisałem wyżej.

Skrzywienie bierze się z pierwotnie odmiennej roli syntezatorów w świecie muzyki. Ich głównym zadaniem była próba odwzorowania brzmień żywych instrumentów. Pierwsze syntezatory robiły to zupełnie nieudolnie. Mowa tutaj o historii syntezatorów od lat 60′. Syntezatory stawały się coraz bardziej rozbudowane i zaawansowane technicznie, udawało się uzyskiwać coraz to wierniejsze brzmienia.

Pierwszy przełom to lata 80′. Instrumenty takie jak Yamaha DX7, Korg M1 oraz Roland D50,
to narodziny innych rodzajów syntezy, w szczególności syntezy FM oraz syntezy opartej na uproszczonych wersjach samplingu. Dzięki tym rodzajom syntezy udało się stworzyć całą masę ciekawie brzmiących dźwięków. Te syntezatory były mega popularne i stosunkowo tanie. To sprawiło, że analogowe syntezatory, o których mówiłem wcześniej, trochę wymarły. Rozwijały się natomiast syntezatory emulujące brzmienia realistyczne. W latach 90′ te emulacje były już na naprawdę dobrym poziomie.
Ze względu na rozwój technologiczny można było w jednym instrumencie zmieścić całą orkiestrę. Pan Stasio mógł więc obskoczyć z tym niejedno wesele. Potem przyszły komputery i komputerowe emulacje wszystkiego. Syntezatory wymarły totalnie. Dopiero niedawno wracają one do łask. Głównie za sprawą tego, co powiedziałem już wcześniej – nic nie zastąpi fizycznego interfejsu syntezatora, ani tego organicznego, analogowego brzmienia.
–  Czy uczestnicy festiwalu, chcący dowiedzieć się czegoś więcej o tobie, czy syntezatorach, będą mieli okazję z Tobą porozmawiać w FORUM Przestrzenie?

– Tak, na bank. Będę tam przez całą imprezę, gdzieś pomiędzy karłami roznoszącymi kokainę.

Tradycyjnie, zapraszamy na fanpage, instagrama i spotify Nikodema.