Choć w zeszłym roku przez Broadway przewinęła się fala agresywnej komercjalizacji (przypomnijmy,  że na deskach nowojorskich teatrów królowały musicale na podstawie „Spongeboba”, „Krainy lodu” i „Wrednych dziewczyn”), w tym sezonie doczekaliśmy się paru dzieł bardziej kameralnych muzycznie, emocjonalnie i wizualnie. Po wygranej „Band’s Visit”, która stanowiła jasny dowód na to, że serc krytyków nie kupuje się popkulturową papką, teatr muzyczny powoli wraca do tego, co potrafi najlepiej – prawdziwie rzemieślniczych, oryginalnych sztuk. Nic więc dziwnego, że folkowa opera o Orfeuszu i Eurydyce walczących o swoje uczucie  w świecie krwiożerczego wyzysku spotkała się z tak entuzjastycznym odbiorem zarówno w Kanadzie, jak i Wielkiej Brytanii.  Mowa oczywiście o „Hadestown”, które do stycznia gości na deskach National Theatre w Londynie.

Jak wiele ikonicznych musicali, historia „Hadestown” zaczyna się od jednego albumu. Jest rok 2006, gdy wokalistka folkowa Anaïs Mitchell decyduje się na stworzenie projektu teatralnego w stylu DYI (ang. „do it yourself” – „zrób to sam”), którego fabuła opierałaby się na micie o Orfeuszu i Eurydyce. Przez dwa lata wystawia sztukę w swoim rodzinnym Vermont przy pomocy reżysera Bena Matchsticka i znajomych artystów, a wkrótce decyduje się na kolejny krok – wydanie albumu. W projekt włącza się Michael Chorney, który aranżuje utwory Mitchell pod orkiestrę, i już w 2010 roku na rynku pojawia się „Hadestown”, reklamowane jako „folkowa opera na podstawie mitu o Orfeuszu, osadzona w fantastycznym świecie politycznych realiów wielkiego kryzysu”. Sam album brzmi równie kosmicznie, jak jego reklama – znajdziemy tu głównie folk, w który Mitchell sprytnie wplata blues, jazz i wiele innych gatunków, a całość podana jest w specyficznej, konceptualnej formie. Pomimo to, krytycy przyjmują „Hadestown” z dużym entuzjazmem, co skłania autorkę do jeszcze cięższej pracy nad całą sztuką. Mitchell piosenki modyfikuje, przerabia, pisze nowe utwory i wyrzuca stare, a w międzyczasie angażuje w projekt Rachel Chavkin, która ma wyreżyserować pierwszą, oficjalną wersję projektu. Kiedy w maju 2016 roku „Hadestown” pojawia się na scenie New York Theatre Workshop, recenzje są na tyle dobre, by Mitchell mogła wyruszyć ze swoim dziełem najpierw do Citadel Theatre w Kanadzie, a następnie na West End i Broadway, gdzie produkcja ukaże się w marcu 2019 roku.

Eva Noblezada i Reeve Carney (fot. Helen Maybanks)

Jakie czary sprawiły, że niezależna, folkowa produkcja osiągnęła tak wielki sukces? Oprócz niewątpliwego talentu muzycznego Anaïs Mitchell, kluczem do odbioru „Hadestown” jest sama narracja, która pomimo współczesnego języka i kreacji bohaterów, czerpie garściami z tradycji antycznej. Pojawia się więc Hermes jako narrator opowieści, Mojry, które służą bohaterom radą (nie zawsze dobrą), a przy okazji pełnią funkcję greckiego chóru. Głównym antagonistą, niekoniecznie z wyboru, zostaje Hades śpiewający bajecznie głębokim basem, a jego przeciwwagą – kłótliwa, ale wciąż zachwycająca Persefona. Z udziałem wszystkich wymienionych postaci rozgrywa się dramat Orfeusza i Eurydyki, którzy muszą pogodzić swoje wyobrażenia „wiecznej miłości na dobre i na złe” z gorzką rzeczywistością, w której na życie trzeba zapracować.

Równie ważne, jak bohaterowie, jest samo miejsce akcji. Tytułowe „Hadestown” to miasto węglem i prądem płynące, w którym umarli zamiast wiecznego odpoczynku spędzają dnie na żmudnej pracy, za którą dostają marne wynagrodzenie. To właśnie w tym wątku widać prawdziwą siłę tej sztuki – Mitchell w przykre realia wyzysku wplata aluzje do patologii dzisiejszego kapitalizmu i nadużywania władzy przez rządzących. Robotnicy budują wielki mur, który, jak wmawia Hades, zapewnia im wolność i odgradza od niewidzialnego wroga – biedy. Nietrudno jest tu odczytać aluzję do „muru” zapowiadanego w Stanach Zjednoczonych.

To nie jedyna fabularna nowość, na którą pozwoliła sobie autorka. W tej wersji mitu Eurydyka nie umiera po ukąszeniu żmii, a dobrowolnie schodzi do Hadesu, gdy okazuje się, że Orfeusz nie ma zamiaru zapewnić jej ciepłego domu ani pożywienia. Gdy bohaterka przymiera głodem i dostaje od władcy podziemi ofertę „śpiewania” dla niego, po długich wahaniach wsiada w pociąg do Hadesu. To ciekawa interpretacja, która jednak stawia Eurydykę w pozycji „zdrajcy”, podczas gdy dziewczyna jest raczej wiedziona pragnieniem śmierci niż pragnieniem lepszego życia, co nieraz podkreśla.

Sam Orfeusz to postać zbudowana nieco schematycznie, która mimo to potrafi poruszyć.  Nasz główny bohater jest jednym z niepoprawnych poetów-marzycieli, którzy do szczęścia potrzebują jedynie poezji i wybranki, do której mogliby wzdychać. Oczywiście, nie kłóci się to w żaden sposób z oryginalnym mitem, ale w tak współczesnej wersji nieżyciowość Orfeusza razi do tego stopnia, że nikt właściwie nie dziwi się, kiedy Eurydyka schodzi do Hadesu. Mimo wszystko, należy jednak pamiętać, że w tej interpretacji jest to postać zupełnie symboliczna. Poeta to głos, który zmienia świat, piosenka, którą upada królestwo, i wobec tego niepotrzebna mu osobowość zbudowana na innych podstawach niż „szczerość, miłość, piękno” (nie wspominając o tym, że w takiej triadzie na pewno nie ma miejsca na „odpowiedzialność”).

Równie ważną rolę odgrywa tutaj związek Hadesa i Persefony. Choć relacja tych dwojga ma zupełnie inną naturę i mierzy się z innymi problemami, okazuje się w jakiś sposób podobna do Orfeusza i Eurydyki. W tej interpretacji Hades jest panem i władcą całego miasta, głęboko przekonanym, że miłość kobiety zdobywa się poprzez zakucie jej w złote kajdany i obwieszenie diamentowymi naszyjnikami. Nie pozostawia to wiele wolności Persefonie, która po wielu latach małżeństwa liczy na czułość męża, i którą bogactwo wręcz drażni. Nie pomaga też to, że bogini głęboko związana z przyrodą zostaje zmuszona do życia w podziemnym imperium fabryk i kominów. Na scenie widzimy więc dwie skłócone pary i dwa konflikty: jeden, wynikający bezpośrednio z braku uczucia i nadmiaru pieniędzy i drugi spowodowany brakiem pieniędzy i nadmiarem uczucia. Ta dychotomia zdaje się zanikać w drugim akcie, jednak nie znika zupełnie. Choć wiemy, jak skończyła się historia Orfeusza i Eurydyki, wątek Persefony i Hadesa pozostaje „zawieszony” w nadziei na to, że kolejna jesień będzie dla nich łaskawsza.

Reeve Carney (fot. Helen Maybanks)

Co ciekawe, obie strony „podziemnego” małżeństwa są na tyle wyraziste, że przyćmiewają głównych bohaterów. I chociaż słodko-przejmujący falset Reeve’a Carneya zostaje w głowie na długo po wyjściu z teatru, sama postać Orfeusza nie ma takiej charyzmy, by mógł on konkurować z emanującym potęgą Hadesem. To samo tyczy się Persefony (w tej roli Amber Gray), która za dnia jest zgorzkniałą boginią w wieku średnim, a po godzinach dilerką towarów „z góry”. W takim ujęciu mdła, smutna Eurydyka nie potrafi nas zainteresować, nawet kiedy nadchodzi „wielki finał”.

Jak podkreśla Hermes na wstępie i w zakończeniu „to stara, tragiczna pieśń, ale i tak będziemy ją śpiewać” – i właśnie znajomość mitu sprawia, że potrafimy docenić oryginalność stylistyki i narracji budowanych przez Mitchell. „Hadestown” to spektakl o tyle nowatorski, co głęboko osadzony w kulturze i jego główna wartość tkwi w tym, jak zręcznie posługuje się starymi motywami, by nadać im nową świeżość. Czy to wystarczy, żeby zdobyć tegoroczną nagrodę Tony? Zobaczymy. Kto wybiera się do Londynu, może wpaść na jeden ze spektakli „Hadestown” w National Theatre, kto nie – bez trudu znajdzie cały soundtrack na Spotify czy Youtubie.