Jest tak wiele rzeczy, które można by powiedzieć o Sylvii.

Kochała awokado i kolor czerwony. Prawie w ogóle nie malowała oczu, za to często podkreślała usta czerwoną szminką. Rzadko kiedy podobały jej się własne opowiadania, za to poezja – prawie zawsze. Wiecznie niezadowolona z mentalnej stagnacji, w którą wcale nie wpadała, wiecznie kołysząca się pomiędzy euforyczną miłością do ludzi a głębokim, nihilistycznym szokiem. Pozostawiła po sobie ogrom wierszy, opowiadania, eseje, książki, dzienniki, listy, zapiski, i ciemną, przykrą pustkę.

Lipiec 1950. Może nigdy nie będę szczęśliwa, ale dziś wieczorem jestem zadowolona.”

To pierwsze zdania, jakie młoda poetka zapisuje w swoim dzienniku. Ma zaledwie osiemnaście lat, a przed sobą talerz jagód w śmietanie, szklankę mleka, i – choć jeszcze o tym nie wie – brawurową karierę. Chwilowo jednak pracuje na plantacji truskawek, gdzie przeżywa pierwsze miłosne wzloty i upadki, zachwyca się światłem księżyca w pokoju i nieustannie pisze. Taką Sylvię zna niewiele osób – jej czujne, zadziwione oczy, umysł podążający za jedną pasją i uśmiech dziewczęcego rozmarzenia.

Kultura zapamiętała Plath zgoła inaczej. Z pokaźnego dorobku wycięto ostatnie, najsmutniejsze wiersze, z życiorysu wybrano płomienny romans z Tedem Hughesem oraz tragiczne samobójstwo, by następnie zlepić wszystkie te elementy w jeden, mocno przerysowany wizerunek patronki nieszczęśliwych dziewcząt. Ile prawdy ma w sobie legenda o najpopularniejszej Ofelii amerykańskiej literatury? I co doprowadziło tak błyskotliwy umysł do tak spektakularnego zniszczenia?

Wielkie nadzieje

Czytanie dziennika osiemnastoletniej Plath to zaskakujące doświadczenie. Sylvia nie poszła jeszcze do college’u, spędza wakacje w rodzinnych stronach, i opisuje każdy dzień jako karuzelę niezwykłości. Pierwsze wpisy pełne są wędrujących świateł, rozbudowanych opisów przyrody i świata. Oprócz tego, to idealny przykład młodej damy: jest ambitna, wysyła opowiadania na konkursy, w każdą sobotę znajduje chłopca na towarzyskie wyjście i marzy o pięknej, mitycznej miłości.

Z drugiej strony, jak każdą nader idealistyczną dziewczynę, nocami dręczy ją strach. Martwi się, że jej utwory są złe, że za oceanem ludzie giną na wojnie, i że życie nie ma sensu.

Boże, życie jest samotnością, pomimo wszystkich tych działających jak narkotyk rozrywek, natarczywego blichtru bezsensownych potańcówek, pomimo fałszywych uśmiechów, które wszyscy mają przyklejone do twarzy. (…) Przyznaję, jest radość, spełnienie i przyjaźń – ale samotność przerażająco samoświadomej duszy jest straszna i przytłaczająca” – pisze w dzienniku.

Źródeł tej dwoistej niepewności można szukać w domu, z którego wyrosła Sylvia. Jej matka, Aurelia, musiała porzucić nauczanie w szkole na rzecz zajmowania się dziećmi, a swoje ambicje „przelała” na córkę. Sylvia, od dziecka zajmująca się zbyt wieloma rzeczami naraz, przeniesie ten nawyk w życie codzienne. Po rozpoczęciu nauki w college’u publikuje coraz więcej wierszy, wygrywa konkursy, trzyma się ze śmietanką towarzyską Ligi Bluszczowej, a przy tym znajduje czas na pilną naukę. Mimo to, im dłużej uczy się w Smith College, tym bardziej czuje, że powinna robić coś większego, ambitniejszego, poważniejszego. Gdy kolejne koleżanki odpadają ze studiów, bądź zaręczają się i wyjeżdżają na drugi koniec kraju, Sylvia czuje potrzebę zmiany.

Zmiana nadchodzi szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać – i znajduje się w małej, żółtej kopercie. Jest lato 1953 roku, a młoda Plath pracuje jako kelnerka i opiekunka do dzieci. Niespodziewanie dostaje list, który zmienia jej plany na wakacje. Nadawcą jest jej ulubiony, prestiżowy magazyn „Mademoiselle”, który informuje, że Sylvia została wybrana jako jedna ze stażystek. Oznacza to całe lato spędzone w jej wymarzonym Nowym Jorku.

Blask i brud

Nawet, jeśli Sylvia rzeczywiście uważa randki, potańcówki i wyjścia za bezsensowne, udaje jej się wpasować jak ulał w blichtr Nowego Jorku. Choć w akademiku podchodziła do koleżanek z rezerwą i często trzymała się na uboczu, we wspólnym domu stażystek „Mademoiselle” jej drzwi są zawsze otwarte. Sylvia trafia do stolicy światowego dziennikarstwa modowego i liczy na fascynujące wywiady, ciekawych ludzi i doświadczenie niezwykłości tak wielkiego miasta na własnej skórze.

Ten plan się udaje, ale tylko częściowo. Co prawda Plath w szkarłatnej szmince i platynowym blondzie wygląda wprost przebojowo, ale chce być kimś więcej niż ładną blondynką. Na jej nieszczęście, redaktorki prowadzące powierzają jej niezwykle ważną pozycję – sekretarza redakcji. Wbrew swoim oczekiwaniom, Sylvia nie ma już czasu na własne pisanie, a wieczorne wyjścia zaczynają ją nużyć. Z tygodnia na tydzień jej blask przygasa, przykryty warstwą wielkomiejskiego brudu.

Gdy kończy staż w „Mademoiselle”, wraca do rodzinnego Bostonu, marząc o świętym spokoju i błogim odpoczynku nad morzem. Jest przybita – przygotowuje się właśnie do napisania pracy dyplomowej o Joysie, ale trudno jej przebrnąć przez „Ulissesa”, a na dodatek nie przyjęto jej na letni kurs pisania. Sylvia zaczyna posądzać się o mentalną stagnację i analfabetyzm. Wpisy w dzienniku są coraz rzadsze i bardziej chaotyczne, a pisarka martwi się, że nie potrafi uciec od więzienia własnego umysłu.

24 sierpnia Aurelia Plath wychodzi do kina. Gdy wraca, córki nie ma w domu. Rozpoczynają się gorączkowe poszukiwania Sylvii – bezskutecznie. Trzy dni później, podczas lunchu, Warren Plath słyszy szmery dochodzące z piwnicy. Gdy schodzi na dół, odnajduje tam ledwo żywą siostrę po swoim pierwszym, nieudanym samobójstwie.

Ted

Sylvia wraca do żywych bez ani jednego śladu depresji. Tleni włosy na blond, opowiada koleżankom z college’u o swoich przygodach w Nowym Jorku i pisze pracę dyplomową o Joysie. Próbuje zapobiec niewygodnym pytaniom poprzez swoją niebywałą żywiołowość. Rok później ucieka z Northampton na dobre i jako stypendystka Fulbrighta rozpoczyna studia w Wielkiej Brytanii. To właśnie tam poznaje Teda Hughesa – swoją wielką miłość i jeszcze większą tragedię.

Ta sama Sylvia, która przyrzekała, że nie chce wyjść za mąż zbyt wcześnie i skończyć w „podmiejskim pudełku”, ta sama, która latami czekała na „jedynego” mężczyznę i chodziła na tuziny randek, bierze ślub po niecałych czterech miesiącach. Tak zaczyna się sześć szczęśliwych lat, które spędza z mężem na podróżach i pisaniu.

Słynny związek dwóch literatów ma swoje cienie i blaski. Sylvia i Ted wzajemnie się inspirują, a Plath daje mężowi wiele wskazówek dotyczących redagowania swoich wierszy (Hughes nie ma takiej wprawy w publikacjach jak ona). Spędzają miesiąc miodowy w hiszpańskim Benidorm, egzotycznym raju dla nowożeńców, a niedługo potem przeprowadzają się do Nowego Jorku, gdzie Sylvia zaczyna wykładać literaturę w Smith College.

Pomimo pierwotnej ekscytacji z powodu poznania człowieka, który rozumie jej twórczość, Plath zaczyna powoli gasnąć. Po latach odgrażania się, że nigdy nie będzie kobietą przyćmioną przez swojego partnera, zostaje żoną jednego z bardziej popularnych poetów swojego pokolenia. I choć fakt ten ją niezwykle cieszy, martwi się, że już zawsze pozostanie w cieniu Teda. Im dłużej trwa ich małżeństwo, tym bardziej Sylvia skłonna jest do kłótni. Dziennik coraz częściej staje się miejscem rozładowania myśli szaleńczych i sfrustrowanych niż przestrzenią marzeń i planów.

Pod koniec 1959 roku Ted i Sylvia wracają do Anglii i wynajmują mieszkanie w Londynie. Poetka zmaga się z depresją, uczęszcza na terapię dr Ruth Beuscher i pisze. Przez kolejne trzy lata lata w jej życiu pojawiają się dzieci, Frieda i Nicholas, a Hughesowie decydują się przeprowadzić po raz kolejny.

Do ich starego mieszkania wprowadza się młode małżeństwo – Assia i David Wevill. Ted zakochuje się w Assii od pierwszego wejrzenia i wkrótce zaczynają się potajemnie spotykać. Gdy Sylvia dowiaduje się o romansie, którego Ted nie zamierza zaniechać, natychmiast żąda rozwodu. Tak właśnie zaczyna się ostatni, najbardziej znany rozdział jej życia.

Zima 1963 roku

Tę część historii zna każdy. Tragedia, zima, cierpienie, rozwód, głowa w piekarniku.

Oczywiście, nie jest to zupełnie nieprawda. Chociaż w tym okresie Sylvia rzeczywiście cierpi bardziej niż kiedykolwiek, wciąż potrafi zorganizować swoje życie tak, by zapewnić byt sobie i dzieciom. W ostatnich miesiącach życia nieustannie kołysze się pomiędzy bezbrzeżną rozpaczą a ogromną siłą, dzięki której tworzy takie dzieła jak „Ariel” czy „Kobieta Łazarz”. Ta sama siła pomaga jej odejść od Teda, znaleźć nowy dom w Londynie (ten sam, w którym niegdyś mieszkał Yeats!) i rozpocząć nowe życie – które trwa zaledwie parę miesięcy.

Sylvia pisze jak najęta, upaja się swoją wolnością i życiem, w którym nikt nie postrzega jej jako „żony pisarza”:
Jestem pisarką… Jestem genialną pisarką; mam to w sobie. Piszę najlepszą poezję w swoim życiu; to dzięki tym wierszom zostanę zapamiętana” – pisze w liście do matki.

Pomimo tak ogromnego samozaparcia, na Plath spadają kolejne nieszczęścia.

Chore dzieci. Sroga zima. Zamrożone rury. Wyłączone ogrzewanie.

Sylvia się nie poddaje, bierze leki antydepresyjne i pisze jeszcze więcej, ale nie jest w stanie oderwać się od rzeczywistości na tyle, by ta stała się znośna.

Jest poniedziałek, 11 lutego 1963 roku, gdy Sylvia Plath zostawia dzieci w szczelnie zamkniętym pokoju. Obok nich leży przygotowane wcześniej śniadanie. Około 4:30 Sylvia włącza gaz w kuchence, odpala piekarnik i wsadza głowę do środka.

Po wszystkim

Myślą, że powinnam być zachwycona –
Że znów ją mam, myślą
Że powinnam ofiarować im słowa mojej matki
By mogli wypełnić usta swojego potwora
Ich Samobójczej Lalki Sylvii
Która będzie chodzić i mówić
I umierać na żądanie” – pisze Frieda Hughes 46 lat po śmierci swojej matki.

Wiele się zmieniło.

Assia Wevill popełniła samobójstwo w sposób identyczny, co Plath, razem ze swoją córeczką Shurą. Podobno czuła, że pamięć o Sylvii kładzie się cieniem na związku jej i Teda.

Nicholas Hughes powiesił się w wieku 47 lat. Jak mówią znajomi, cierpiał na chroniczną depresję.

Ted Hughes umarł w 1998 roku, pozostawiając po sobie słynne „Birthday Letters”, w których opisuje swoje małżeństwo z Sylvią, a także „Last Letter” – wiersz, w którym opisuje, jak dowiedział się o śmierci byłej żony.

Pomimo całej tragedii, jaką przyniosło ze sobą samobójstwo Sylvii, to właśnie ją spotkał najgorszy los. „Samobójcza Lalka” jest dziś obecna w programie każdego kursu amerykańskiej literatury, a „Kobieta Łazarz”, „Szklany klosz” i „Tatuś” stały się utworami tak ikonicznymi, że czytelnicy przestali wykraczać poza ich bezpieczne granice.

Nie można zaprzeczyć, że większość wierszy Plath rzeczywiście zawiera w sobie bardzo wyraziste zobrazowanie depresji, pragnienia śmierci, a także liczne odniesienia do Holocaustu. Mimo to, nie możemy zapominać, że Sylvia potrafiła też dostrzegać piękno świata we wszystkich jego kolorach.

W jej wierszach znajdziemy wiele bardzo „cielesnych” porównań, dokładne, bardzo barwne opisy krajobrazów, a przede wszystkim niecodzienne i niezwykle trudne do przetłumaczenia metafory, w których to, co ludzkie, płynnie przemienia się w elementy świata naturalnego. Każde słowo dobrane jest bardzo ostrożnie, jak mały klejnot, którego nieobecność rujnuje strukturę całej mozaiki. Jej wiersze bywają trudne w odbiorze i mało przystępne dla niedzielnego czytelnika, ale spośród linijek upstrzonych porównaniami wyziera ból, który potrafi dotknąć każdego serca.

Według niektórych biografów, istnieją dwa sposoby czytania Sylvii Plath.

Pierwszy to ten, dzięki którym tak wielka poetka stała się patronką smutnych, internetowych duszyczek, które pasjami zaczytują się w „Kobiecie Łazarzu” czy „Ariel”. To geniusz sam w sobie, opowiadający o miłości, szaleństwie i stracie w najbardziej wyszukanych metaforach. Zwolennicy tego sposobu powinni się wyraźnie zachwycać każdą frazą i analizować słowo po słowie, jakie jeszcze przykrości można wyłowić z ciemnego oceanu plathońskiej depresji.

Drugi sposób nakazuje postrzegać Plath jako neurotyczkę o niezaprzeczalnym talencie, który roztrwoniła na pisanie rozpaczliwych wierszydeł o swoim nieszczęściu. Sceptycy z tej strony medalu poszukują treści podprogowych, które miałyby wskazywać na to, że Sylvia tak naprawdę prosiła o pomoc. W końcu jak inaczej wyjaśnić tyle niewyjaśnionych kwestii? Ostatni z dzienników zniszczony przez byłego męża? Notkę z numerem doktora pozostawioną tuż przed samobójstwem?

Prawda jest jednak taka, że nigdy nie dowiemy się, „co autorka miała na myśli”. Pomimo licznej kolekcji notatek, zapisków, dziennika i listów, Sylvia, o której słyszymy, to jedynie wytwór wyobraźni, persona wykreowana przez swoją własną poezję. I może właśnie ta mglistość, ta gonitwa w poszukiwaniu „prawdziwej Sylvii Plath” sprawia, że po dziś dzień jest ona największą zjawą amerykańskiej poezji.