Towarzyszy im Salvador Dali, trzymając drugi łańcuch wyimaginowanego psa. Tą nieskomplikowaną przenośnią nawiązuję do pierwszego filmu stworzonego wedle pomysłów panów powyżej. A raczej- wedle ich snów. Głowę Buñuela nocą naszły obrazy postrzępionej chmury przecinającej księżyc i ostra brzytwa nacinająca gałkę oczną. Oko śpiącego Dalego ujrzało rękę pełną mrówek. I to te wizje stały się zaczątkiem surrealistycznego krótkometrażowego filmu. Filmu, który wpłynął na całe życie Buñuela, był jego pierwszym krokiem na ścieżce kariery reżyserskiej. Ścieżce, będącej raz to czerwonym dywanem, raz to gruzem raniącym stopy. Scenariusz powstał w niecały tydzień. Jedyna zasada ,,odrzucić wszelki pomysł, wszelki obraz, który mógłby skłaniać do wyjaśnienia racjonalnego, psychologicznego czy kulturowego. Otworzyć szeroko wrota temu, co irracjonalne„.

Z tą myślą, Buñuel i Dali atakowali się wzajemnie- można rzec- bezsensownymi scenami, które tylko przy akceptacji drugiego wchodziły do filmu. Był to czas największej zgody między dwoma artystami, już nigdy tak dobrze się nie dogadywali. Gdy scenariusz został napisany, Buñuel poprosił matkę, aby sfinansowała jego produkcję. Dopiero przekonana przez notariusza dała mu pieniądze, natomiast jej wahania mogły być uzasadnione- sam Buñuel mówi ,,kiedy już połowę pieniędzy przepuściłem wieczorami w knajpach, powiedziałem sobie, że należałoby wreszcie trochę spoważnieć„. Matka filmu nigdy nie obejrzała. Film nakręcono w ciągu dwóch tygodni. Buñuel reżyserując, rzucał aktorom niejasne wskazówki ,,Patrz przez okno, tak jakbyś słuchał Wagnera. Z jeszcze większym patosem„.

Stojąc u bram kariery, podczas swego pierwszego pokazu w sali ,,Ursulines”, gdzie zebrała się paryska śmietanka towarzyska (m.in. Picasso, Cocteau itd.) Buñuel mówi: ,,Można sobie wyobrazić, jaki byłem zdenerwowany; stałem więc za ekranem z gramofonem(…)Do kieszeni włożyłem kilka kamyków, żeby w razie klapy cisnąć nimi w audytorium(…)Spodziewałem się najgorszego„. Nie było takiej potrzeby. Film został nagrodzony oklaskami. Buñuel wyrzucił kamienie z kieszeni. Naturalną koleją rzeczy było wstąpienie w środowisko surrealistów, choć reżyser opowiadając o filmie z perspektywy czasu, mówi ,,byliśmy surrealistami, choć jeszcze nienazwanymi„.

Mimo nieprzydatności kamieni w późniejszej twórczości Buñuel zapewne mógłby taką linię obrony przeprowadzić. Jego filmy bardzo często były odbierane negatywnie, jako skandal. On sam o swoich filmach wypowiadał się umiarkowanie obiektywnie. Jednym z jego najbardziej skandalicznych filmów jest ,,Viridiana” opowiadająca o zakonnicy i jej wizjach. Kiedy jego przyjaciel, André Breton, odwiedziwszy Buñuela w Meksyku powiedział mu ,,nie ma miejsca na skandale„, Luis udowodnił tym filmem, że ,,skandal” to wciąż aktualne słowo. Zrobiony w Hiszpani, został tam zakazany, wobec czego organizowano wycieczki z tego kraju do Francji, by widzowie mogli obejrzeć ,,Viridianę”.

Nim doszło jednak do całej przygody z reżyserią, prześledźmy pokrótce jego życie.

Urodził się 22 lutego 1900 roku w Calandzie, Hiszpania. Miasteczko liczyło wtedy około 5000 mieszkańców. Buñuel podsumowuje swoje dzieciństwo, mówiąc: ,,Miałem szczęście spędzić dzieciństwo w średniowieczu, tej epoce <<bolesnej i wykwintnej>>(…) Bolesnej w życiu materialnym. Wykwintnej w życiu duchowym. Dokładne przeciwieństwo dnia dzisiejszego„. W tamtych terenach rozwój technologiczny jeszcze nie zagrażał spokojnemu życiu. Nie pochodził z biednej rodziny, jego dziadek był bogatym rolnikiem, a ojciec po odbyciu służby w wojsku był agentem handlowym, później prowadził sklep z wyrobami żelaznymi. Mimo surowości miał w sobie dobroć, szybko przebaczał.

Buñuel był inteligentnym chłopcem i- choć ta inteligencja dawała mu świetne oceny- żeby się nie zbłaźnić, odbierając świadectwo z paskiem- robił wygłupy przed końcem roku. Miał natomiast problemy z matematyką- być może słaba zdolność logicznego myślenia u surrealisty nie powinna być dla nas zaskoczeniem.

Mając 8 lat, Luis pierwszy raz doświadczył kina. Podświadomie, podczas coraz to kolejnych seansów, chłonął obrazy, montaż, język filmowy. Nie przeszkodził mu w tym fakt, że w owym czasie kino było rozrywką jarmarczną. Ludzie bali się rosnącej na ekranie głowy, co dziś jest dobrze nam znane jako najazd kamerą do zbliżenia. Jego pierwszym obejrzanym filmem, był ruchomy obraz śpiewającej świni; z muzyką (puszczaną z fonografu- kino było wtedy nieme) i w kolorze (każda klatka na taśmie filmowej barwiona była osobno).LUIS BUÑUEL

Buñuel hodował więc w sobie potrzebę wyjazdu z rodzinnych stron. Uczynił to w 1917 roku, wyjeżdżając do Madrytu tymczasowo z rodzicami. Onieśmielony swoim prowincjonalizmem obserwował ludzi, ich ubiory, zachowania. Wstydził się idąc ze swoim ojcem w słomkowym kapeluszu. Zapewne zaściankowość, konserwatyzm, religijność, z którą spotykał się w rodzinnej miejscowości wypchnęła go na sam szczyt surrealizmu. Wolność, którą poczuł pozwoliła mu się twórczo buntować przeciwko swoim ucięmiężeniom.

Buñuel w tamtym czasie bawił się w hipnozę. W swojej książce opowiada o paru udanych przypadkach w jego wykonaniu. Przygoda ta skończyła się jednak w momencie, gdy po paru miesiącach od hipnotyzowania pewnej kobiety, Rafaeli, ta zmarła w szpitalu. Z tych wydarzeń pozostały mu wrażenia ,,myślę, że kino wywiera na widzów silny wpływ hipnotyczny(…)Hipnoza kinowa, lekka i nieświadoma, bierze się zapewne z ciemności panującej na sali, ale też ze zmian świateł, planów, ruchów kamery, które osłabiają zmysł krytyczny widza, wprawiają go w coś w rodzaju fascynacji i dokonują na nim jakby gwałtu„.

Co ciekawe, Buñuel nie planował zostać reżyserem. Chciał być kompozytorem, ojciec jednak wolał, aby ten miał zawód. I tak tułacząc się od agronomii (uwielbiał przyrodę, zwierzęta, choć bał się pająków) przez przemysł (który był kierunkiem obranym aby zadowolić ojca) dotarł do filozofii (z której uzyskał dyplom). Na studiach poznał Federico Lorcę, Salvadora Dalego. Byli serdecznymi przyjaciółmi.

LUIS BUÑUEL

Do domu przyjechał dopiero w 1923 z powodu choroby ojca. Po 4 godzinach pobytu rodzic zmarł. Buñuel leżąc po pogrzebie w jego łóżku, ujrzał w swojej wizji zmarłego. Strach nakazał mu spać ze służbą, do łóżka kłaść się z rewolwerem, by w razie czego móc załatwić zjawę. Nie było jednak takiej potrzeby. Ojciec nigdy nie wrócił.

Lubił przebieranki. Obserwował reakcje ludzi na przybrane postaci. Pojawiwszy się w sklepie jako robotnik, kasjer bez zastanowienia zaoferował mu najtańsze zapałki, ludzie w tramwaju nie zwracali na niego uwagi. Robotnik nie miał twarzy, nie miał znaczenia w tym świecie. Buñuel lubił poznawać perspektywy różnych charakterów. Pewnego razu przebrał się za zakonnicę. W Hiszpani za takie żarty groziło mu do 5 lat więzienia. Natomiast we Francji, gdzie owa historia miała miejsce, policjant będący źródłem przerażenia Buñuela, spytał tylko: ,,Dobry wieczór, siostro. Czy mogę w czymś pomóc?„.

W Paryżu nauczył się też tańczyć. Zachwycał go w owym czasie ten miejski tryb życia, gdzie para na ulicy nie czuła skrępowania, całując się. On sam też doświadczał zauroczeń. Jedną z fascynacji Buñuela była pewna francuzka, Rita. I ona wobec niego nie pozostawała obojętna. Mimo to miała kochanka – argentyńczyka. Podczas wizyty reżysera w Saragossie dostał telegram z informacją, że w dniu jego wyjazdu argentyńczyk spotkał się z nią w jej pokoju. Tam też znaleziono ich ciała. Prawdopodobnie Rita zastrzeliła kochanka a później siebie.

Spędzając czas u swoich znajomych Joaquina Peinado i Hernando Viñesa, poznał trzy czarujące dziewczyny. Jedną z nich była Jeanne Rucar. Buñuel wpadł na pomysł- aby dziewczęta te stały się im uległe- chciał poczęstować je szampanem z dodatkiem chlorku johimbiny czyli silnym afrodyzjakiem. Koledzy jednak się nie zgodzili. Puentą tej historii jest fakt, że mimo braku tego eliksiru cielesnej miłości Jeanne Rucar została żoną Buñuela. Pozostała nią do jego śmierci.

W późniejszym czasie pojawiały się głosy o jego tyranii wobec rodziny. Po obejrzeniu ,,Viridiany” Vittorio de Sica, przygnębiony, przejęty zgrozą jadąc z żoną Buñuela, zapytał ją, czy rzeczywiście mąż jest potworem, czy bije ją w chwilach intymnych. Odparła ,,Kiedy trzeba zabić pająka, woła mnie do tego„. Są to słowa przytoczone z autobiografii Luisa, wobec czego jest to prawda subiektywna. Nie chciał być odbierany jako tyran, pisze: ,,W Paryżu (…) zobaczyłem kiedyś plakat do jednego z moich filmów z takim sloganem: <<Najokrutniejszy na świecie reżyser>>. Ta bzdura bardzo mnie zasmuciła„. Prawda w tym przypadku pozostanie dla nas tajemnicą.

,,W czasach naszej młodości miłość wydawała mi się uczuciem wszechwładnym(…)Miłość wydawała nam się sprawą niezbędną do życia, do wszelkiego działania, dla wszelkich myśli, wszelkich poszukiwań(…) Nie byliśmy ofiarami iluzji. Nawet jeśli trudno komuś w to uwierzyć, kochaliśmy naprawdę.

Lubił swobodę umysłu, co czyniło z niego typowego surrealistę. Nie opowiadał się za nauką, za techniką, za Bogiem. ,,Wybrałem swoje miejsce, znajduje się ono w tajemnicy. Pozostaje mi ją uszanować. Szał rozumienia, a co za tym idzie pomniejszania, popadania w przeciętność (…) Gdybyśmy byli zdolni do oddawania własnych losów przypadkowi i uznania bez wahań, że życie jest tajemnicą, bylibyśmy bliscy swego rodzaju szczęścia.”

W filmach Buñuela- tak jak i w życiu- to jego wyobraźnia trzymała lejce, na ile było to tylko możliwe. Przyzwyczajony za młodu do schematów i granic umysłowych, nakazów i zakazów z biegiem życia odkrywał tajniki wspaniałego przywileju człowieka-wyobraźni.

,,Absolutna wolność człowieka„, mówił ,,tę wolność (…) próbowano ograniczyć, usunąć. W tym celu chrześcijaństwo wymyśliło grzech popełniany w myślach. Niegdyś to, co uważałem za swoją świadomość, zakazywało mi pewnych wyobrażeń: zabicie brata, kochanie się z matką. Mówiłem sobie: <<co za okropność!>> i z wściekłością odrzucałem te myśli przeklęte od wieków.

Dopiero kiedy doszedłem do 60 czy 65 lat, w pełni zrozumiałem i zaakceptowałem niewinność wyobraźni. Potrzeba było tak długiego czasu, żeby dotarło do mnie, że to, co się dzieje w mojej głowie, dotyczy tylko mnie i w żadnym razie nie są to tak zwane <<niecne myśli>> ani żaden grzech. Pojąłem, że trzeba puścić wodze mojej wobraźni, by pędziła, gdzie jej się podoba, nawet jeśli jest krwawa i zwyrodniała.

Od tej pory godzę się na wszystko, mówię sobie: <<no dobrze, kocham się ze swoją matką, i co z tego?>>. I prawie natychmiast obrazy zbrodni i kazirodztwa znikają przegnane moją obojętnością.

LUIS BUÑUEL

-Don Luis, myśli pan, że dostanie Oscara?

Takie pytanie usłyszał Buñuel w rok po premierze ,,Dyskretnego uroku burżuazji” od meksykańskich dziennikarzy. Film rzeczywiście został nominowany do nagrody w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny. Znany ze swojego poczucia humoru, odpowiedział pełnym powagi głosem: ,,Tak, jestem przekonany(…) Zapłaciłem już 25 tysięcy dolarów, których ode mnie zażądano, Amerykanie mają różne wady, ale słowa dotrzymują„. Na dniach wobec tego w meksykańskich gazetach pojawiają się artykuły, że reżyser kupił Oscara. Skandal. Żart po niedługim czasie zyskuje na kontrowersyjności. ,,Dyskretny urok burżuazji” wygrywa. Buñuel podsumowuje sytuację, powtarzając ,,Amerykanie mają różne wady, ale słowa dotrzymują„.

Przemysł filmowy często zmusza do rezygnacji ze swoich artystycznych wizji, upodobań, perspektyw. Po prostu, taki rynek. Czasem coś może zostać źle odebrane, czasem w ogóle może zostać odebrane w zupełnie inny sposób, czasem wymaga to zbyt dużego nakładu pieniędzy etc. etc. Buñuel pod tym kątem jest imponującym zawodnikiem. Spędziwszy życie wokoło filmu nieraz był zmuszany godzić się na tematy, których nie wybierał; pracować z ludźmi, którzy nie zawsze nadawali się do swoich ról. Niemniej jednak rozlicza się sam ze sobą, mówiąc ,,chyba nigdy nie nakręciłem sceny sprzecznej z moimi przekonaniami, z moją osobistą moralnością„.
Ważną kwestią są też pieniądze. Mimo obowiązku utrzymywania siebie i rodziny nie spierał się o proponowane kwoty. Sam nazywał siebie w tej sytuacji absolutnie niezdolnym. W jego życiu dużo zależało od pomocy finansowej przykładowo- matki. Nie można odmówić mu prób pozostania przy swojej filozofii działania i pracy. ,,Kiedy odmawiam żadna oferta nie może skłonić mnie do zmiany zdania. Mogę śmiało powiedzieć: czego nie zrobię za jednego dolara, nie zrobię też za milion dolarów„.

Jaki jeszcze był Buñuel? Uwielbiał alkohol i tytoń. Pierwszy nazywany był królem, drugi królową. Bary były dla niego miejscem medytacji. Odpowiedni alkohol źródłem inspiracji. Papieros kompanem życia. Ucztą wszystkich zmysłów. Wyraża się on o nich jak o wielkich muzach bliskich jego sercu.

W książce ,,moje ostatnie tchnienie” przytacza polskich artystów, którzy odbili swoje piętno w jego życiu: ,,Rękopis znaleziony w Saragossie”- powieść Potockiego i film Hasa, który oglądał trzy razy- co, zaznacza, jest u niego wyjątkowym zjawiskiem. Ponadto pisze: ,,Bardzo lubię Wajdę i jego filmy. Nigdy go nie poznałem, ale dawno temu na festiwalu w Cannes publicznie oświadczył, że dzięki moim pierwszym filmom sam nabrał ochoty na robienie filmów. Przypomina mi to mój własny podziw dla pierwszych obrazów Fritza Langa, które zadecydowały o moim życiu. Coś mnie wzrusza w tej tajemnej ciągłości między jednym filmem a drugim, między jednym a drugim krajem. Wajda przysłał mi kiedyś pocztówkę, podpisaną ironicznie <<Pański uczeń>>. W jego przypadku porusza mnie to tym bardziej, że te jego filmy, które oglądałem, uznałem za wspaniałe„.

Posiadał ponad sześćdziesiąt sztuk broni palnej, był wielkim fanem strzelania. W 1964 sprzedał większość z myślą, że zbliża się czas jego śmierci. A skoro o śmierci mowa- gdyby tylko miał możliwość, raz na 10 lat chciałby wstawać z grobu aby poczytać sobie gazety, wiedzieć co dzieje się na świecie. Przerażał go nadmiar informacji i uważał go za jednego z jeźdźców apokalipsy (tuż obok przeludnienia, nauki i techniki). Jednak nikt nie widział zmarłego Luisa Buñuela chadzającego po Meksyku, gdzie zmarł. Być może wreszcie uwolniwszy się od przyziemnych problemów- głuchnięcia, tracenia wzroku, zdrowia- znalazł spokój po drugiej stronie życia wśród marzeń sennych, które rządziły całym jego życiem.

 

Źródło: ,,Moje ostatnie tchnienie” Luis Buñuel przekład Maria Braunstein, wyd. świat literacki, Izabelin 2006; ,,Nie jestem człowiekiem pióra. Książkę tę pomógł mi napisać Jean-Claude Carrière, zachowując wiernie wszystko, co mu powiedziałem podczas naszych długich rozmów.”